Konno do Laskowa 2013

« wróć

W dwa tygodnie po powrocie z Azjatyckiej wyprawy, powróciły do leśniczówki moje konie ze stajni Śląska i Opolszczyzny gdzie mieszkały podczas naszej nieobecności. Niby wszystko w porządku zadbane odkarmione, stajenni dbali o nie z należytym obowiązkiem i pietyzmem ale... jednak czegoś im brakowało... ich sierść nie błyszczała blaskiem słońca wdzierającego się przez okienka stajni, ich zapach był inny bardziej ostry drażniący, a i one same niepewne podenerwowane przestępowały z nogi na nogę w swoich boksach...

Nie bały się mojej obecności nie uciekały od mojej ręki, wręcz przeciwnie starały się jak największą powierzchnia swoich wielkich ciał dotknąć mnie. Ich nozdrza opierały się o moje policzki buchając co rusz gorącym oddechem, który pozostawiał wilgotną skórę twarzy. Pomimo to widziałem w ich oczach, uszach obawę strach, ich ciche rżenie zatrzymywało mnie na godziny w stajni, czułem a nawet byłem pewny że bały się kolejnego rozstania, one tęskniły za swoimi kątami i za mną...

To bardzo przejmujące gdy zwierzę okazuje mam swoje przywiązanie wyraża swoje uczucia mówi do nas, że ich dom jest tutaj i tutaj czuje się najlepiej - bezpiecznie. I wtedy właśnie postanowiłem, kolejną wyprawę odbędę z koniem, przyjacielem Denirem. Pojedziemy do miejsca w którym przeżyłem najwspanialsze chwile mojego życia, tam gdzie spędzałem cudowne rodzinne wakacje dzieciństwa, gdzie z czasem jako młody człowiek przyjeżdżałem z przyjaciółmi pod namiot. Zaraz po ślubie z kochaną Urszulą przeżyłem wspaniały tydzień miłości, a po kilku latach moje dzieci weszły w ślady mojego dzieciństwa, i dla nich Laskowo na zawsze stało się oazą spokoju i odpoczynku. Tam postanowiłem pojechać konno w siodle samotnie tylko ja i mój koń. Z pozoru zadanie wydawało się proste; wyznaczam trasę pakuję konia i w drogę. Najtrudniejsza decyzja zapadła w marcu, wybór padł na Dopinga młody silny sprawny koń pełen energii. Jednak serce przemawiało za Denirem koniem na którym i z którym spędziłem wiele lat, znałem go i wiedziałem że jest zdolny do wszystkiego, że jest silny i dzielny jak żaden inny. Martwiłem się tylko jego wiekiem, dobiegał 19 roku życia i wszyscy wkoło przekonywali mnie że to już podeszły wiek, i nie warto męczyć go mając w boksie obok silnego 15latka. Ustąpiłem, w połowie marca rozpocząłem jazdy na Dopingu, trenowałem przede wszystkim siebie i próbowałem poznać konia który od kilku tygodni siodłany był sporadycznie. Doping to gniady rasowy wałach, który przez 11 lat był ogierem i krył kobyły w Lesznie. Początki były bardzo trudne podobne do tych przysłowiowych trącający groteską dowcipów, gdzie pot mieszał się z furia nerwów tłumionych po obydwu stronach siodła i walką godną gladiatorów z rzymskich aren. Ile razy wylądowałem na ziemi nie pamiętam ile razy tłumaczyłem patrząc w te mądre oczy mojego uparciucha nie pomnę, fakt faktem po trzech miesiącach byliśmy gotowi, tak mi się wydawało, mojemu konikowi chyba też bo pozwalał się siodłać przesiodływać i rozsiodływać, wiązać różne pakunki do swojego grzbietu a znosił to z iście stoickim spokojem.


obrazek

Wyjazd zaplanowałem na 29 czerwca spakowany byłem już na dwa tygodnie wcześniej ale jak to zwykle bywa termin rozpoczęcia wyprawy spadał z dnia na dzień następny. Najpierw narada w pracy potem goście i moje imieniny a w końcu ulewny deszcz uniemożliwiający wyjazd i ruszenie w trasę, bo moknąć na starcie to już zupełna głupota silniejsza od chęci podróżowania w siodle a tak naprawdę to szkoda konia ... ruszyliśmy zaraz po godzinie ósmej pierwszego lipca dokładnie w 28 lat po tym jak osiadłem i rozpocząłem moją przygodę ze Smolnickim lasem, niby nic ale zawsze rocznica. Pogoda była świetna, słońce niemrawo rozpędzało chmury wspomagane lekkim wiaterkiem idealnie na konną przygodę. Drobne kłopoty rozpoczęły się już na starcie w połowie drogi do Sośnicowic Dopingowi nie spodobały się słupki drogowe które za wszelką cenę chciał ominąć szerokim łukiem zatrzymując przy okazji dwa Tiry, pomyślałem że jak tak pójdzie a raczej pojedzie dalej to daleko nie dobrniemy. W myślach liczyłem pokonane kilometry przeliczałem na procenty zaplanowanej długości trasy. Cieszyłem się pogodą polami lasem i w tym nastroju pomyliłem drogi i zamiast wyjechać na leśnym dukcie prowadzącym do autostrady A4 my trafiliśmy na szeroki trakt kolei. Wylądowałem w samym środku torów które bardzo szybko zbliżały się do siebie tworząc jedno wielkie torowisko. Po obu stronach wysokie na 8-10 metrów skarpy ni jak wjazdu a po środku szeroka i długa niby studzienka cała wyłożona betonowymi płytami. Torami nie pojadę bo zaraz, znając szczęście wyprawowiczów przejedzie całe mnóstwo pociągów drezyn czy co tam jeszcze porusza się tym żelaznym traktem. Wolniutko przeszliśmy przez torowiska i ze sprawnością kozicy Doping wskoczył na skarpę pozostawiając obsypany piach i głębokie ślady kopyt. Klika kilometrów powłóczyliśmy się lasem, polem kukurydzy i w końcu jest tunel pod autostradą tuż naprzeciwko pałacu w Pławniowicach i zalewu. Moja germina wyświetliła wielkimi cyframi 25km czas na pierwszy popas. Rozsiodłałem Dopinga nasypałem do miski zboża i..

.obrazek

Zdziwienie koń nie chce jeść nawet nie popatrzył na ziarno, zajął się nerwowym skubaniem trawy. No cóż stres pewno szybko minie pomyślałem zsypując owies z powrotem do sakwy. Robiło się coraz cieplej gdy wyjechałem z lasu na rozległe pola wsi Dąbrówka uderzył mnie żar zmieszany z zapachem dojrzewającego rzepaku słodko kwaśny zapach mieszał się i kotłował z dusznym powietrzem. Polna droga zamieniła się w wąski asfalt, najwyraźniej Dopingowi to nie bardzo się spodobało bo zwolnił tempa wpatrując się we własne kopyta. Tuż przy kościele wjechałem w stary park, trójka młodych ludzi wskazała mi drogę jak mamy przebrnąć przez liczne rowy i dopływy niegdyś pięknych stawów dziś rozległych wylewisk cuchnących gnijącą roślinnością. Coś nie bardzo dokładnie mi wytłumaczyli, pomyślałem cofając konia przed kolejną pułapką z rowów. Nie skończyłem jeszcze myśli a mój koń nabrał energii i animuszu. Zwróciłem głowę podążając za wzrokiem mojego przyjaciela. Tuż za mną stały dwa koniki a na nich na oklep siedziała poznana wcześniej młodzież. Z uśmiechem stwierdzili że pewno sobie nie poradzę z tym parkiem bo... bramy nikt nie otworzył a inny wyjazd jest niemożliwy i postanowili mnie odprowadzić do leśnego duktu prowadzącego do wsi Barut. Tuż pod lasem pożegnałem Majkę Maćka i małego braciszka który całą drogą podążał za nami co rusz dobiegając by zrównać się z nami i zapewnić mnie że jak urośnie to też będzie miał własnego konia. Po rozstaniu ruszyliśmy dalej w kierunku "Śląskiego Katynia" - Polany Śmierci. Nieopodal miasteczka Jemielnica gdzie we wrześniu 1946 roku funkcjonariusze UB dokonali mordu na bliżej nie określonej ilości żołnierzy AK, WiN, NSZ (szacuje się około 200 osób) spędzając jeńców do stodoły, by po chwili odpalić ukryte ładunki wybuchowe... rannych dobijano strzałem z pistoletu. Na polanie pozostał duży drewniany krzyż przybrany katolicką stułą i tablica z krótką lakoniczna informacją, licznik kilometrów wskazał 54 sporo czas na odpoczynek.

obrazek

Pierwsze obozowisko założyłem na polanie pod lasem przywiązałem konia pozostawiając go pośrodku gęstej soczystej trawy, rozpaliłem ognisko i przygotowałem sobie posłanie tuż obok Dopinga po godzinie przyjechała Ewa przywożąc mi i koniowi kolację. Ja swoją zjadłem z apetytem popijając kawą. Natomiast Doping martwił mnie coraz bardziej, w dalszym ciągu nie był zainteresowany owsem nie chciał nawet zbliżać do niego swojego pyska, skubał trawę ale w tym nie było nic z normalnego pasienia się... nerwowa chaotyczna walka z uwiązem a raczej ze swoimi emocjami, przez całą noc był niespokojny nerwowy. Od samego rana sytuacja nie wyglądała za dobrze z pozoru niewinne zaciągnięcie liną prawej tylniej pęciny w efekcie po 20 kilometrach zaowocowało opuchlizną i co gorsza koń zaczął kuleć.... Upał od samego poranka lał się z nieba, do tego wszystkiego pomyliłem kierunki i zanim się zorientowałem zdążyliśmy przejść około kilometra w przeciwną stronę. Leśny dukt zaprowadził mnie do miasteczka Jemielnica. Zbliżało się południe gdy wjechałem w otwartą bramę gospodarstwa prosząc o napojenie konia. Doping wypił dwa wiadra wody, a ja kawę i zostałem poczęstowany przez gospodynię drugim śniadaniem, od gospodarza w prezencie otrzymałem parę ostróg ujeżdżeniowych. W znacznie poprawionych humorach ruszyliśmy dalej tym razem ścieżka wiodła przez las do samego miasteczka Kolonowskie. Jednak coś było nie tak. Koń inaczej niż zwykle się zachowywał był niechętny, kłusować nie chciał z trudem utrzymywał kierunek. Zmęczenia na nim nie widziałem jednak czuć było rosnącą niechęć do współpracy. Z trudem dopełzaliśmy do miasteczka, w sklepiku kupiłem jabłka, bułkę, kiełbasę, zimną kolę. Wychodząc ze sklepu ścisnęło mi gardło ...mój koń stał na trzech nogach, tylnia prawa była podkurczona i opuchnięta. Wyglądała jak noga słonia, natychmiast rozpiąłem ochraniacz i wprowadziłem Dopinga do cienia chłodząc mu obolałą pęcinę zimna wodą. W apteczce miałem jeszcze kilka tabletek naproksenu forte, podałem je koniowi nie przerywając masażu i chłodzenia zimną wodą. Po piętnastu minutach opuchlizna zaczęła ustępować, jednak koń kulał. Decyzja mogła być tylko jedna ... po telefonie do mojego przyjaciela lekarza weterynarii zadzwoniłem do Asi, w cztery godziny później byłem z koniem w leśniczówce gdzie czekał już na mnie dr Wojtek z zastrzykami i lekami. Prawdo podobnie zaciągnięciem liną koń uszkodził sobie wiązania i torebkę stawową co przy dużym wysiłku w bardzo wysokiej temperaturze zaowocowało opuchlizną i bólem. W tym momencie myślałem że to koniec mojej przygody i po 80 kilometrach będę musiał się poddać, z pomocą przyszła Asia ...Panie leśniczy przecież jest jeszcze Denir, powiedziała głośno to co całą powrotną drogę kołatało się w mojej głowie. Karinie z przejęcia i wrażenia wypadła z ręki szczotka, którą właśnie czyściła konia. Otworzyła usta by zacząć protestować bronić zwierza, ale jej już nikt nie słuchał decyzja zapadła. Dalszą drogę odbędę na Denirze ...widocznie tak musiało być pomyślałem dopowiadając; na tym koniu robiłem już wszystko, przejdę i te czterysta kilometrów.

obrazek

Zbliżała się siódma gdy na podwórko leśniczówki wjechała Nawara Asi, bez zbędnych słów i ceregieli począłem pakować manele do samochodu. Zrezygnowałem z wielu rzeczy w domu pozostała kuchenka i pojemniki z gazem przybory toaletowe uszczupliłem do minimum, menażka także pozostała na wieszaku jej miejsce zastąpił metalowy kubek. Cały mój ekwipunek zmieściłem w dwóch przednich sakwach podwieszając z tyłu jedynie dwa owsiaki z ziarnem dla konia. Zważyłem cały rząd o dziwo nie wiele przekroczył dwadzieścia jeden kilogramów to prawie o dziesięć mniej ... i po co ja tak ładowałem przecież nie wybieram się na Syberię, dumny z siebie i z wiarą we własne siły ruszyliśmy z Asią do miejscowości o nazwie Kolonowskie. Z nóg także zrzuciłem oficerki, nie ukrywam że robiłem to z bólem serca bo bardzo lubię swoje buty ale przemówił pragmatyzm na korzyść sztybletów i czapsów. A jak oficerki zostały w domu to i ostrogi, bata nie znoszę od zawsze więc i palcat pozostał na swoim miejscu przymocowany do sportowego siodła. Eleganckie podszyte skórą bryczesy zamieniłem na lekkie bawełniane firmy Amigo, niezbyt eleganckie ale bardzo wygodne i w razie prania szybkoschnące. Sam nie wiem kiedy wylądowaliśmy w miejscu przymusowego postoju. Asia poczekała aż ubiorę Denira, jeszcze kilka zdjęć i znów w drodze. Jedziemy przez las szerokim bitym traktem jest ciepło wręcz upalnie jak na dziesiąta godzinę. Słońce doskwiera nawet poprzez liście drzew których cień wcale nie łagodzi upału, ale to mi nie przeszkadza. Cieszę się swoim koniem co rusz głaszcząc Denira po szyi dodaję mu pewności siebie a sam utwierdzam się w przekonaniu że damy sobie rade że pokonamy trasę choćby nie wiem ile to miało trwać. Dojechaliśmy do miejscowości Turza to tutaj skończyła się leśna droga, następny odcinek postanowiłem pokonać przez las wzdłuż jak się okazało nieczynnego od wielu lat torowiska ciągnącego się aż do Kluczborka. Leśnych dróg nie za wiele, zresztą te co są i tak przeważnie "idą" ze wschodu na zachód a ja zmierzam w zupełnie innym kierunku. Postanowiłem poruszać się pasem przeciwpożarowym, który to powinien przebiegać równolegle do torów. I owszem na przeważającym odcinku pasy były, ale po co komu utrzymywać te szlaki jak kolej od lat nie kursuje po tych torach. Dobrze że Denir to leśny koń i świetnie daje sobie radę w kluczeniu pomiędzy gałęziami drzewami przeciskając się w największym buszu krzewów. Tym dziewiczym terenem napotykając po drodze bagna oczary i rozlewiska po niedawnych ulewach doszliśmy do maleńkiej wioski zwanej Radawką. Tu napoiłem konia ale co ważniejsze Pan który udzielał mi informacji świetnie znał teren a co ważniejsze umiał w prosty i klarowny sposób to przekazać .Bez problemu trafiliśmy z Denirem do opuszczonej wsi Kamieniec znalazłem bez problemu "święte" źródełko, woda w nim była czysta i zimna a przy tym pyszna.

obrazek

Odpoczęliśmy w tym miejscu dłuższą chwilę, ktoś ustawił tu ławy do siedzenia, na małym płotku okalającym święty obrazek prawie kapliczkę, ktoś pozostawił kilka glinianych kubków, zapewne by ułatwić nabranie wody tryskającej z kamieni. Schłodziłem koniowi nogi przynosząc mu ulgę po przejściu wielu kilometrów wzdłuż torów po kamiennym podłożu. Wąską ścieżynką ruszyliśmy dalej... pewno pielgrzymi idący po wodę do źródełka wydeptali tą ścieżkę, która niebawem doszła do rozlewiska tworzącego dość pokaźne bagienko, przez które pomysłowi piechurzy przerzucili kładkę z podkładów kolejowych. Wyglądało to zabawnie, zawrócić koniem nie mogłem bo i gdzie miałbym wracać? przejść trudno bo kładka szerokości dwóch podkładów kolejowych i długości kilku nie była stabilnym i bezpiecznym przejściem dla konia. Denir początkowo chciał mi powiedzieć że to głupi pomysł i że nie ma zamiaru bawić się w tańczącego na linie osła. Patrząc na mnie z politowaniem parskał z dużą dezaprobatą moich poczynań i prób przekonania go do karkołomnej sztuki chodzenia wąskimi przejściami. Ja byłem jednak stanowczy. Puściłem wodze koniowi a jedynie w ręku pozostał mi długi na parę metrów uwiaz. Po kilku krokach nie oglądając się za siebie usłyszałem głuche stąpanie podków po drewnie a przy tym parskanie i burczenie, byłem pewny; mój przyjaciel robi mi wyrzuty i informuje mnie o swojej niechęci do pokonywania tego rodzaju przeszkód. Po zejściu na suchy ląd był wyraźnie z siebie dumny łeb zadzierał wysoko i nie ciał bym go po nim głaskał ....chyba był zły.

obrazek

Wieś Lasowice Małe zasługuje w pełni na swoją nazwę, od strony północy zalewają ją rozległe stawy od południa lasy, w środku kilka gospodarstw i kilka zrujnowanych domów. Spytałem gospodarza o wodę dla konia, zaprosił mnie do środka gestem ręki, poczym polecił synowi napojenie konia a gospodyni zaparzeniem dla mnie kawy. Ochrypłym głosem spytał się mnie czy jestem głodny. Nim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć wyszła gospodyni z kubkiem kawy i pajdą chleba z smalcem i pomidorem, a młody chłopak przytaszczył wiadro owsa zapewniając mnie że nakarmi mojego konia. Może i małe te Lasowice ale ludzie mają w nim wielkie serca, dla mnie i Denira mieli. Z żalem odmówiłem gościny i próśb przenocowania po godzinie ruszyliśmy dalej w stronę Kluczborka.

Coś nie dobrego wisiało w ciężkim powietrzu muchy i komary kąsały nie miłosiernie powietrze było gęste gorące z trudem się oddychało Denir pocił się całym ciałem. Gdy wjeżdżałem w Kuniów niewielką wieś tuż przed Kluczborkiem, za plecami zaczęło mnie gonić czarne niebo. Mimo że to dopiero osiemnasta zrobiło się ciemno a z czarnego nieba spadło kilka pierwszych kropel deszczu. Tak wielkich że po czterech całą koszulkę miałem mokrą. Dosłownie w ostatniej sekundzie uciekłem pod podcienie obory. Troszkę niegrzecznie włamałem się w nieznane mi gospodarstwo. Podszedł do mnie gospodarz Krzysztof, bez zbędnych uprzejmości polecił konia przywiązać do ściany a mnie zaprosił na kolację. Na moje przeprosiny zakłócenia spokoju odparł jedynie że już się stało i gościa się nie wyrzuca, przy czym nie krył swojego zdziwienia takim przybyszem. Z czasem złagodniał pozwolił nam przenocować i nawet nakarmił konia zbożem i sianem. W tym czasie burza rozszalała się na dobre. Cała wieś stanęła do walki z żywiołem w godzinę spadło z nieba sześćdziesiąt litrów na jeden metr kwadratowy. Zalewając ulice, samochody ba nawet domy, niektóre gospodarstwa odcinając od świata. Tuz przed jedenastą dotarła do mnie Ewa z ziarnem i kolacją ... gdybym wcześniej wiedział jak będę przyjmowany przez gospodarzy nie fatygowałbym dziewczyny tyle kilometrów, była to ostatnia pomoc z zewnątrz od tej chwili liczyliśmy tylko na siebie ja na Denira a on na miłość gospodarzy do koni. Noc przespałem spokojnie tuż obok mojego konia rozkładając karimatę na wymoszczonej słomie, Denir też odpoczął. Obudziłem się kilka minut po godzinie czwartej.

Po mimo deszczu, powietrze nadal było ciężkie duszne przepełnione wilgocią parującej wody. Ciężkie ołowiane niebo wisiało tuż nad miastem, zdawało się że w minutę rozpęta piekło deszczu. Nic takiego się nie wydarzyło. Przez całe miasto przeprowadziłem konia w ręku. Nikt mnie nie zaczepił nikt nie zwrócił mi uwagi, tylko w oczach przechodniów widziałem zdziwienie, ale także uśmiech i ciekawość. Tak dotarłem do rogatek miasta a raczej śmiertelnej drogi numer 11, której kawałeczek musiałem przejść. Wąski asfalt wił się wzdłuż pól przecinając je. Teraz te pola przypominały stawy a może właśnie tak wyglądają pola ryżowe w dalekim Wietnamie czy Chinach, do samej Byczyny prowadziły mnie zalewiska, ale deszcz z nieba nie spadł. Tylko ja z każdym kilometrem byłem coraz słabszy czułem jak ta pogoda wysysa ze mnie energię zabiera siły. GPS wskazywał dziewiętnaście kilometrów gdy skręciłem w boczna dróżkę. Rozsiodłałem Denira i wyciągnąłem się na kocu, był wilgotny i pachniał koniem... Chyba zasnąłem na moment. Nie wiedzieć czemu wszystko mnie bolało kolana, stopy, ramiona, byłem zły znużony, wyrzucałem sobie moje głupie pomysły. Szukałem w głowie powodu by to wszystko zakończyć! przerwać! wrócić do domu i cieszyć się spokojnym czasem przed telewizorem. Obserwowałem mojego konia jak spokojnie się pasie, co jakiś czas podrzucając energicznie głowę do góry patrząc w tylko sobie znanym celu i kierunku. Rozpuściłem w wodzie tabletkę z "uzupełniaczem" witamin, osiodłałem konia i ruszyłem dalej w drogę, ale bez wczorajszego entuzjazmu bez wczorajszej siły i energii byłem słaby i bardzo... nie wiedzieć czemu zmęczony. Zastanawiałem się dlaczego aż tak bardzo bolą mnie ramiona, wcześniej jeżdżąc konno takiego uczucia nie doznawałem hmm dziwne? Wieś Jaśkowice to pięć domów i trzy gospodarstwa w jednym z nich postanowiłem napoić konia. Gospodarz dziarski pan napoił konia i ... o dziwo zaprosił mnie na popas do swojego brata do zamku. Zamku? Zastanowiłem się, tak odpowiedział. Brat ma konie i z pewnością mnie przyjmie i to z otwartymi rękami zapewniał gospodarz. Do Gołkowic doszliśmy piechotą, to znaczy ja szedłem obok konia. Niestety Pana na zamku nie było, a sam zamek okazał się pałacem magnackim z połowy osiemnastego wieku zatopionym w pięknym parku tuż przy drodze numer 11. Bardzo gościnnie przyjął mnie syn gospodarza nakarmił konia i mnie ugościł gorącym posiłkiem, zapewniając ze niebawem przyjedzie ojciec. Po godzinie przybył dziarski Pan tuż po sześćdziesiątce Janusz Jasiński, od razu wyczułem mocny wschodni akcent (syn już go nie posiadał). Pochodził z kresów podobnie jak moja rodzina z tą różnica że moją w całości repatriowano do Polski a Ci którzy pozostali zostali zamordowani. Jego część rodziny nadal mieszka na wschodzie (obecnej Ukrainie).

Rozmowy nie miały końca a pałacowy klimat sprzyjał snuciu opowieści o wyprawach o moim zmaganiu się z tym wspaniałym krajem jakim jest Ukraina, końmi, historią i pewno zastałby nas brzask poranka gdyby nie zamkowy zegar wybijający głośno północ. Nawet nie wiem kiedy zasnąłem koń otrzymał wygodny boks w przypałacowych stajniach z pełnym żłobem owsa i końmi w sąsiednich stanowiskach. Zerknąłem na zegarek ... kwadrans po piątej, wciągnąłem bryczesy i zszedłem do kuchni zapach smażonej jajecznicy dopadł mnie już na schodach. Gospodarz kończył czyścić mojego konia, już po śniadaniu! zameldował, zapraszając serdecznym gestem do kuchni.

Na rowerze Pan Janusz odprowadził mnie do rogatek wsi. Cichaczem tak bym nie zauważył wycierając rękawem łzę z oka, chyba nas polubił, na pożegnanie rzucił jeszcze: tylko żebym nie zapomniał o jego pałacu i koniecznie go odwiedzał w drodze na wakacje, kiedy tylko będę przejeżdżał. Ciężko opuszcza się tak wspaniałych ludzi jak Pan Jasiński Pan na zamku w Gołkowicach .

obrazek

Do Bolesławca dojechałem bez kłopotów po drodze minęły nas trzy auta w tym jedno zatrzymało się tuż przed nami .Młody człowiek bardzo wesoły zaczepił; Pan z daleka? Pan daleko? Zapraszam do nas na obiad mamy konie owies też się znajdzie. Zerknąłem na licznik GPSa za nami 15 km za mało musimy jechać dalej, podziękowałem i rozjechaliśmy się w przeciwnych kierunkach. I w tym momencie coś mi się pomieszało zamiast skręcić na Wieruszów dziarsko ruszyłem w kierunku Wielunia. W trzy kilometry później wykryłem pomyłkę, byłem zły. Z powrotem wracałem piechotą obok Denira, wszak to nie jego wina to moja pomyłka... trudno za błędy się płaci, i ja zapłaciłem dodatkowymi kilometrami w nogach.

Wieruszów to niewielkie miasteczko na styku trzech województw, które rozdziela rzeka Prosna, momentami ta nie pozorna rzeczka umie być niebezpieczna tworząc potężne rozlewiska a nawet czyniąc szkody swoimi wylewami. Będzie mi towarzyszyć aż do Pyzdr gdzie złączy się z Wartą, jednak w tej chwili w pełnym słońcu wjechałem konno do centrum Wieruszowa. Ruch tu mały, uliczki czyste, zadbane witryny sklepów z których co rusz wychylała wzrok ekspedientka aby upewnić się że ten wysoki zwierz za oknem jest aby prawdziwy i nie jest przewidzeniem, mirażem spowodowanym blaskiem słońca, kolorowe. Musieliśmy stanowić niezłą atrakcję i na moment przerwaliśmy senność tego miasteczka wywołując wśród nielicznych przechodniów i spacerowiczów spore zamieszanie i zdziwienie. Zastanawiałem się w ilu telefonach zostałem uwieczniony wraz z moim koniem. Tuż za centrum zauważyłem szeroko na oścież otwartą bramę a za nią najnormalniejsze gospodarstwo z wielkim obornikiem na środku podwórka. Niewielkie zamieszanie spowodował mój wjazd na podwórze. Psy które ujadały z wściekłością widząc konia ucichły i pochowały się w budach. Chyba bardziej zaciekawiłem gospodarzy niż zdziwiłem swoją obecnością, po krótkim powitaniu i prośbie o wodę dla konia zostałem zasypany pytaniami. Nim zacząłem wyjaśniać skąd i po co jadę mój koń kończył pić drugie wiadro wody i z apetytem zajadał owies który w tym momencie chłopak podstawił mu pod nos. Ja zostałem poczęstowany kawą i ciastem. Opowiadania moje musiały wywrzeć duże zainteresowanie bo nim spostrzegłem się wokół mnie stało kilkanaście osób oglądając konia, chwaląc jego urodę kondycję i mój nietypowy sposób spędzania czasu. Opuszczając gościnnych gospodarzy wieruszowskiego gospodarstwa sakwy miałem pełne owsa a w jukach pieczołowicie zapakowane kawałki ciasta. Mój koń i ja byliśmy tak objedzeni, że postanowiłem przespacerować się kilka kilometrów obok konia nim na powrót go dosiadłem. Wędrując dalej na północ wzdłuż biegu Prosny mijaliśmy kolejne wioski przyklejone do ściany lasu zadbane kwadraty pól i liczne stawy zasilane biegiem rzeki. Charakterystyczne domy i całe zabudowania gospodarskie wybudowane z czerwonej cegły pięknie harmonizowały z otaczającą przyrodą wody i lasu. Z grzbietu konia widok był iście sielski spokojny jakby spowolniony, cudownie ubarwiony blaskiem słońca chylącemu się ku zachodowi. Świeciło jeszcze jasnym żółtym światłem ale już czuć było zbliżający się wieczór zaczynała osiadać rosa a zapach powietrza stał się przyjemnie wilgotny. Mimowolnie popatrzyłem na GPSa, zdziwiłem się. Do tej pory co chwilkę go sprawdzałem licząc czas, kilometry, przeliczając średnią prędkość, a teraz przez pół dnia nawet nie pomyślałem by odczytać z niego wartości. Dwadzieścia kilometrów przejechaliśmy bez poczucia czasu i odległości. Piękny jest ten odcinek rzeki Prosny, która wije się wzdłuż gościnnych wesołych gospodarstw utulonych w swojej sielskości, bez huku setek Tirów, rozpędzonych samochodów i całego zgiełku ruchliwej arterii.

Tuż przed miastem Grabów nad Prosną zszedłem z Denira, ale zesztywniałem! przez krótką chwilę łapiąc równowagę masowałem obolałe kolana. Siedząc na koniu nie czułem bólu zdrętwiałych nóg. Teraz ten diabelski skurcz odezwał się ze zdwojona siłą. Bolało i rwało!!! Do tego jeszcze ramiona nie pozwalały się normalnie wyprostować, pomyślałem sobie wszyscy skarżą się na ból kręgosłupa a mnie on nie boli więc jest 0k. Kolana, ramiona, kark rozruszam marszem i wszystko wróci do normy i formy. Zwolniłem popręg siodła dałem Denirowi cukierka i powoli ruszyliśmy w kierunku miasta. Słońce schowało się za lipami, którymi wysadzona przed laty została droga. Wspaniały zapach kwitnących drzew z czasem zaczął szumieć w głowie, tak wypełniał powietrze iż momentami myślałem że oddycham samym kwiatem lipowym. Może to i zdrowe jest! ale co za dużo... z czasem zaczyna przeszkadzać i z takimi myślami w głowie i zapachem lipy na sobie dotarłem do granic miasta. Jeszcze nie pomyślałem o noclegu gdy w pewnym momencie wyprzedził mnie srebrny matiz i ujrzałem jego czerwony błysk świateł stopu a po sekundzie białe światełko cofania.

Z auta wyszedł czerstwy wysoki mężczyzna, z szerokim uśmiechem powitał mnie pytając bez zbędnych ceregieli i kurtuazji; a skąd droga prowadzi? dokąd zmierzasz człowieku z tym wspaniałym zwierzęciem? Trudno to wyjaśnić ale dziesięć minut później stałem z koniem na podwórzu wielkiego nowoczesnego gospodarstwa. Zapach obory i krów przegonił już chwilkę temu nektar lipowego smaku, a gospodarz wskazał mi miejsce gdzie mogę położyć siodło zrzucone z mojego wierzchowca. W jego oczach zobaczyłem zapalone iskierki, ojej to nie był błysk! to był blask! na widok Denira. Oglądał go z wszystkich stron, czekałem tylko kiedy zwróci mi uwagę na rankę nad pęciną! Zresztą zaraz przyniósł maść i ją posmarował, uczulając mnie jednak, że takie podcięcia pęciny bywają groźne. Ten człowiek kochał konie a dzięki jego miłości ja miałem wspaniałą kolację, gorącą kąpiel, wygodne łóżko i pyszne śniadanie. W nowoczesnej oborze znalazło się miejsce dla Denira ... po przegonieniu ze dwudziestu byków i ściśnięciu ich na wybiegu. Zapewnił mnie gospodarz że jedną noc tak wytrzymają a koń musi wypocząć i musi mieć swoje miejsce. Denir wykorzystał to skwapliwie i dał się wprowadzić do przygotowanego na prędze boksu. Drażnił go troszkę zapach i ryk rozzłoszczonych krów które jedną noc spędziły pod chmurką i widocznie nie były z tego powodu zadowolone. Po gorącej kąpieli przy kolacji wysłuchałem opowieści i oglądnąłem z setkę zdjęć koni które ów gospodarz posiadał. Z wielkim uczuciem i nostalgią opowiadał mi o kobyłach, źrebakach, prowadzeniu zaprzęgów, bryczkach i wspaniałym czasie kiedy konie mieszkały w jego gospodarstwie. Spytany czemu nie ma koni? wzruszył tylko ramionami i zaraz wstał od stołu, a ja więcej nie ponowiłem pytania, które zapewne nie było na miejscu powodując niezręczność. Po chwili wrócił do wspomnień i opowieści o swoich klaczach i źrebakach. Grubo po północy wyciągnąłem się na wygodnym łóżku a po minucie już spałem .

Z obory wyprowadziłem konia, był lekko spocony lecz podczas czyszczenia wysechł zupełnie. Przy podciągania popręgu wyraził swoje zniechęcenie jazdą "rzuceniem" głowy w moja stronę i lekkim skubnięciem wargami koszulki. Dobra dobra pomyślałem wiem o co Ci chodzi koniku, rozpoczniemy dzisiejszy dzień marszem. Coś jednak nie dawało mi spokoju tuż na miastem sprawdziłem tylnie nogi Denira, przy masowaniu lewej przy stawie skokowym podkurczył nogę! Ocho w tym miejscu cię boli. W przydrożnym rowie schłodziłem nogi koniowi, na jakiś czas pomoże a później postaram się temu zaradzić częstym chłodzeniem nóg i żelem przeciw zapalnym i przeciw bólowym. Tuż za Wielowsią zeszliśmy z asfaltu to był rekord w moim marszu, dwanaście kilometrów szedłem obok Denira. Człapał za mną jak najlepiej wytresowany pies, ani pół łba nie wyściubił przede mnie. Nie nadepnął nie zmienił kierunku marszu nie zwolnił. Tylko co jakiś czas zwieszał wielki łeb na moim ramieniu i coś tam mruczał. Chyba był zadowolony, dwa razy posmarowałem mu nogi żelem zakupionym w wiejskim punkcie aptecznym. W marszu odpoczął ...czas wsiadać pomyślałem i podciągnąłem popręg o jedną dziurkę mniej jak było wyrobione na puśliskach. Ruszyliśmy polami w kierunku Pleszewa, tak mi się wydawało. Droga prowadziła nas jednak inaczej. Jak bym i ile razy bym nie skręcił w lewo czyli na północny zachód to po chwili ponownie jechałem w kierunku północno-wschodnim aż dotarliśmy do małej wioski Droszew. Zatrzymałem konia przed wiejskim sklepikiem, który tu służył mieszkańcom jako mini bar knajpka coś jakby przydrożny zajazd z ławami i stołami. Kupiłem bułki kiełbasę wodę mineralną, konia przywiązałem do belki wkoło soczystej trawy. Od pierwszej chwili wzbudziłem zainteresowanie miejscowych. Pierwszy Pan zagadnął; panie może koń chce pić? napoić panu konia? Kiwnąłem głową bo usta pełne miałem kiełbasy i bułki. Pozostali panowie już odważniejsi poczęli głaskać konia wypytywać mnie skąd jestem dokąd jadę, nie padło tylko jedno pytanie "po co?" Jakoś nikogo nie zdziwiłem swoim pomysłem podróżowania. Jeden z nich powiedział, że ich wioska jest teraz sławna bo w zeszłym tygodniu były pod sklepem dwa starodawne auta ze zlotu a dzisiaj koń w podróży przez Polskę. Sklepikarz widząc mojego konia przyniósł w reklamówce jabłka, spytałem ile płacę? Spojrzał z politowaniem odpowiadając; to dla konia - nie dla Pana! W tym momencie zadzwoniła moja komórka na wyświetlaczu pojawił się napis "Poseł" w słuchawce usłyszałem "cześć Piotr gdzie jesteś? Bo ja jestem koło Kalisza i chcę cię odwiedzić" Noooo fajnie ale jak wytłumaczyć Panu posłowi gdzie jestem? umówiliśmy się za dwie godziny w Gołuchowie. Polnymi drogami do tego wielkopolskiego miasteczka miałem około dziesięć kilometrów. Zastanawiałem się gdzie dzisiaj będę spał martwiłem się o kopyta Denira podkowy miałem już mocno przytarte i obawiałem się że je pogubię. Zadzwoniłem do mojego kowala Andrzeja miał być u pana Chłapowskiego pod Poznaniem, a to niespełna pięćdziesiąt kilometrów ode mnie. Umówiliśmy się że jak już znajdę nocleg to po prostu do mnie dojedzie. Dobre ale jak znaleźć nocleg w szczerym polu, zresztą czym się martwić jest godzina siedemnasta żarełko dla konia mam ja jestem najedzony no i mam gdzieś w okolicy posła z samochodem. Tuż przed Gołuchowem w wiosce o nazwie Czerminek napotkałem dwie piękne eleganckie panie które stanęły mi na drodze. Przez chwilkę zastanawiałem się czy są to siostry czy mama z córką? Obie ubrane w te same beżowe wizytowe sukienki wyglądały wręcz zjawiskowo. A w porównaniu ze mną i moim przepoconym mundurem anielsko. Zaczęła się miła konwersacja. Dowcipy opowieści pytania, po prostu było miło, i po mimo mego dość sporego zmęczenia, przy tak eleganckich damach wróciły siły a dodając sobie animuszu prysło gdzieś znużenie drogą. Po chwili zostałem zaproszony na ogródkową rodzinną imprezę. Ot goście świętowali roczek małego dziecka. Wymówiłem się tłumacząc że w Gołuchowie czeka na mnie kolega i troszkę mi śpieszno a w duchu pomstowałem na całą sytuację, bo po chwili do zaproszeń dołączyła się cała rodzina poznanych przed chwilą Pań. Serdecznie dziękując ruszyłem w drogę. Chwilę później zadzwonił poseł, że w całym Gołuchowie nie ma miejsca dla mojego konia i cała sytuacja z moim noclegiem wygląda z goła beznadziejnie, ale mnie jakoś to nie zmartwiło!

W telefonie miałem numer do Arka, kawalerzysty z Kalisza a kontakt ten otrzymałem od Mirosława Obiegłego kawalerzysty z Opola dość zawiłe, ale sytuacja za moment jeszcze bardziej się zagmatwała. Bo Arek i owszem odebrał telefon ale był w górach na szkoleniu Mirek w drodze do Wrocławia .... Ale ale mobilność ochotniczej kawalerii jest nieobliczalna. Po pięciu minutach od mojego telefonu oddzwonił Arek z pytaniem: gdzie jesteś? Rozglądnąłem się po okolicy, stałem pod miejską biblioteką publiczną. Czekaj tam! usłyszałem w słuchawce, 0k czekam. Nim popuściłem popręg Denirowi nadjechał srebrny golf i czarna skoda posła. Z Golfa wyszedł młody człowiek przedstawił się jako kumpel Arka... Mariusz jestem powiedział wyciągając rękę, oznajmił mi że wszystko już załatwione. Kolacja w restauracji Zamkowa (zapłacona) spanie u pana Czesia w Jedlcu dwa kilometry za Gołuchowem. Poseł z samochodu podał mi puszkę coli z nazwą mistrz i ruszyliśmy, oni samochodami ja piechotą z koniem. Restauracja Zamkowa okazała się ekskluzywną przydrożną knajpką chyba o najwyższym standardzie w mieście. Nie miałem odwagi podchodzić z koniem, znając Denira na widok tych wszystkich ludzi na pewno zaraz by nasrał i miał bym się z pyszna. Poszedłem dalej w stronę Jedlca zatrzymywany co chwilkę przez dzieciaki biegające po chodniku i ścieżce rowerowej. Pan Czesiek okazał się wspaniałym przemiłym gawędziarzem i gospodarzem. Na mnie czekał już zastawiony stół ( z nie zjedzoną kolacją z restauracji Zamkowa) i domowe specjały Państwa Góralczyków, oraz cała rodzina gospodarza do której wkrótce dołączył poseł z sekretarzem, Mariusz z knajpy oraz mój kowal z panią weterynarz. Denir stanął w stajni szczęśliwy tuż obok pięknych kalibrowych śląskich klaczy, przed żłobem wypełnionym po brzegi kweczowanym owsem. Gościnność Wielkopolski i ich mieszkańców przerosła moje oczekiwania biesiada przeciągała się do późnych godzin nocnych... Ech zapomniałbym!!! muszę jeszcze dopowiedzieć, że jak dochodziłem już z Denirem do Gołuchowa zatrzymała się obok nas pokaźna czarna limuzyna z której wyszedł mężczyzna, wręczając mi wizytówkę powiedział: jak by pan potrzebował jakiejkolwiek pomocy proszę dzwonić o każdej porze. W tylniej szybie odjeżdżającego auta zobaczyłem uśmiechnięte twarze dwóch pięknych pań poznanych wcześniej, ale to miłe... przypomniało mi się powiedzenie szlachcianki z serialu "Czarne chmury":"... mężczyzna na koniu milszy sercu każdej kobiety..." - nawet w przepoconym i nie świeżym mundurze, coś w tym chyba jest.

Koń podkuty w nowe podkowy wzmocnione hacelami ja najedzony wyspany ... Dopiero przed południem opuściłem gospodarstwo Czesia. Ruszyłem wierzchem polami ponownie wzdłuż Prosny w kierunku miasteczka Chocz. Ani na sto metrów nie zjechaliśmy z piaskowych dróg. Słońce tak dawało się we znaki że pomimo miękkiego podłoża i nowych podków nie chciałem Denira męczyć szybszym biegiem. Wiec człapaliśmy noga za nogą przez pola i lasy wielkopolski. Tuż przed mostem zszedłem z konia i rozsiodłałem go, czas na krótki popas. W cieniu dokładnie wytarłem spoconą sierść mojego przyjaciela zmyłem sól z sierści wodą z Prosny i próbowałem napoić, nie chciał pić. Natomiast bardzo zainteresował się soczystą trawą w cieniu potężnych topoli. Jadł z apetytem a ja wyciągnąłem się tuż nad brzegiem. Coś zaczęły pobolewać mnie stopy. Ściągnąłem sztyblety; skarpetki przesączone były różowym płynem tuż przy palcach sklejone, psiakość ale boli ... no pięknie stopy i palce całe w bąblach. Dopiero teraz doszedł do mnie piekący ból tuż przy palcach. Chyba odparzyłem nogi. Wymoczyłem stopy w rzece założyłem nowe skarpetki stare przeprałem mokre trocząc do siodła. Ale ciężko wzuć buty ... trudno czas w drogę.

Tuż za Choczem wpadłem w niesamowity ruch Tirów, wszelkiej maści ciężarówek i samochodów osobowych. Co się dzieje? Przecież znam tą drogę nigdy na niej nie było ruchu a teraz setki samochodów. Zamyślony a raczej skupiony na koniu i całej jeździe posuwałem się wolno do przodu po piętnastu minutach łydki zaczęły drętwieć stopy piekły a cały kręgosłup zesztywniał jak kij od miotły. Och przydały by się ostrogi! od dziesięciu lat zawsze mam je na nogach a teraz kiedy są potrzebne zostały na kancelaryjnym biurku. I nagle niespodziewanie z przydrożnego rowu wyrósł przede mną brudny zarośnięty mężczyzna. Denir zareagował natychmiast stając przodem do intruza, który odważnie szedł na nas bełkocząc coś do mnie. W tym momencie koń stanął prostopadle do drogi, zadem cofając się coraz szybciej na asfalt wchodząc w światło jezdni. Pierwszy Tir wyminął Denira. Koń nie bacząc na niebezpieczeństwo pędzących samochodów cofał się przed człowiekiem, który nie wiedzieć czemu parł na nas. Rzuciłem głową w prawo wielki Tir zbliżał się z zawrotną prędkością minął zad konia o pół metra jednak przyczepa ...Denir cofa się nadal, ja z całych sił pcham go do przodu, brudny człowiek jakby nie widząc dramaturgii sytuacji zbliża się do konia. Przyczepa na centymetry minęła Tynie nogi konia. Puściłem wodze i uderzyłem konia łydkami wypychając go do przodu! mało nie tratując intruza! ... byliśmy bezpieczni. Natychmiast zeskoczyłem z Denira próbując go uspokoić, chwilkę buczał coś pod nosem wpychając łeb pod moje ramię, chyba podświadomie wyczuł zagrożenie wiedział że cała ta sytuacja była bardzo niebezpieczna. Trwało to chwilę... popatrzyłem na mojego konia był cały spocony. Weszliśmy w otwarte wrota gospodarstwa, spytałem dwójki dzieci pluskających się w dmuchanym baseniku, czy mogę chwilę odpocząć z koniem i może spróbować go napoić. Chłopczyk przyniósł zielone wiadro a starsza dziewczynka odkręciła wodę. Ze szlaucha buchną strumień, Denir tak chciał pić że ciśnienie nie nadążyło wypełniać wodą wiaderka, koń natychmiast wypijał zawartość. Napojony uspokoił się, zmoczyłem nu nogi zimną wodą i sam się umyłem. Ufff ciśnienie opadło... zeszło ze mnie zdenerwowanie ale zrobiłem się głodny. W przydrożnym sklepiku poznałem przyczynę szalonego ruchu pojazdów. Dwa mosty są w remoncie na głównej drodze, jeden na Prośnie drugi na Warcie. Ku ich (mieszkańców) i moim niezadowoleniu cały ruch skierowany został objazdem na tą właśnie wąską drogę. Jednocześnie zapewnili mnie że około dwudziestej trzeciej ruch ustaje. Spojrzałem na zegarek zbliżała się piętnasta sporo czasu pomyślałem. I znowu szczęście mnie nie opuściło! Podszedł do mnie starszy pan; Gaweł się nazywam miałem kiedyś konie powiedział. Widzę że Pan zmęczony, tuż za rogiem jest taki żółty dom a tam mieszka pan Janek który ma dwa konie, kapitalny facet idź Pan do niego pewno tam odpoczniecie.

Drzwi otworzył mi mężczyzna w średnim wieku troszkę z brzuszkiem w żółtej koszulce ...Po chwili namysłu mówiąc do mnie na ty, kazał iść za sobą. Weszliśmy na spory padok jego dwie kobyłki były zamknięte w boksach, takich angielskich stanowiskach. Denir poczuwszy wolność od razu z lubością począł się tarzać, przewracać z boku na bok. Janek ( byliśmy już na Ty ) podał mi wiadro z owsem nakarm go polecił, sam postawił na ziemi drugie z wodą. Mój koń czuł się jak w domu biegał, ponownie się tarzał i tak w kółko. Gospodarz wyjaśnił mi że musi z żoną pojechać na zakupy ale po powrocie mną się zaopiekuje. A teraz mogę się przespać i tu wskazał ręką na przyczepę kempingową, jest otwarta walnij się. Wnętrze kempingu było czyste i zadbane, co mi szkodzi i tak byłem wykończony. Obudziło mnie lekkie stukanie w bok przyczepy i słowa kawa podróżniku. Wstałem natychmiast wypiłem kubek kawy prawie jednym haustem. Choć na kolację do domu tam już żona czeka powiedział Janek i ruszyliśmy w kierunku żółtego domku. Najpierw kąpiel potem kolacja - zarządziła gospodyni. Kolejni ludzie okazali nam dobre serce i empatię. Tuż po dziesiątej ruszyliśmy z koniem w drogę, do przejechania około 35 kilometrów. Z przodu miałem dwa białe ledowe światła z tyłu jedno czerwone pulsujące czterema lampkami. Kiedyś w poradniku rajdowicza napisanym przez Mikołaja Reya wyczytałem że aby osiągnąć dziesięć kilometrów na godzinę trzeba poruszać się pięć minut kłusem dziesięć stępem. I takie tempo przyjąłem. Ruch rzeczywiście spadł praktycznie do zera i tylko sporadyczne osobówki mijały mnie co jakiś czas. Denir nie boi się nocy to cwany zaprawiony w bojach zwierz i posiada jeszcze jedną cechę, bardzo ważną! Unie dostosować się do ekstremalnych sytuacji. Nie wiem skąd on zebrał w sobie tyle sił ale miał ich aż nadto, a po za tym część swojej energii chyba przelał na mnie. Gotowi do trudnej drogi ruszyliśmy z kopyta ... Żałowałem tylko widoków Warty starówki Pyzdr która od strony mostu wygląda imponująco. Chociaż nie!!! było pięknie cudowne podświetlenie klasztoru Pyzdrowskiego na tle granatowego nieba to wspaniały widok. To była bardzo ciemna noc, rozświetlona Września przywitała nas zupełną ciszą, brak ruchu puste ulice miasto jakby zastygło w swym śnie. Nikt nas nie witał nikogo nie dziwiliśmy absolutna cisza śpiącego miasta. Zauważyłem zieloną tabliczkę Czerniejewo jedenaście. Dość !!! odpoczynek jesteśmy na dobrej drodze. Zsiadłem z konia rozsiodłałem i przywiązałem do latarni posuwając miskę z owsem. O dziwo jadł z apetytem. Sam usiadłem pod płotem jak się po chwili okazało mleczarni. Ściągnąłem powoli sztyblety. Moje stopy były w opłakanym stanie bolały i szczypały. Skóra na bąblach była napęczniała i po naciśnięciu płynęła z niech różowa maź piekąc niemiłosiernie. Byłem zajęty opatrzeniem swoich ranek gdy nagle usłyszałem ciepły dziewczęcy głos. A co pan tu z koniem po nocy ?? o jejku prawdziwy koń, i siodło ... proszę Pana jak pan tu się dostał? co Pan tu robi? Pytało młode dziewczę. Przeprosiłem że ja tylko na chwilkę i zaraz sobie pójdę ... Ale dziewczynie nie o to chodziło, zaraz przyszedł jej mąż. Wyjaśniłem kim jestem i co tutaj robie z moim koniem. W pięć minut później piłem gorącą kawę a w reklamówce wręczono mi żółty ser kiełbasę bułkę andruty cukierki ... Dziewczyna imieniem Kinga była tak nami zafascynowana, że nie wiedziała jak i czym nas ugościć. Po chwili jej mąż przyniósł w kwadratowej misce wodę dla Denira. A widząc moje gołe ranne stopy pobiegła po apteczkę z plastrami i specyfikami na odciski i rany ... w samą porę bo właśnie wsmarowałem ostatnią tubkę trybiotyku. Spojrzałem na zegarek zbliżała się trzecia nad ranem. Jechaliśmy cztery i pół godziny... nie za szybko ale najruchliwsza droga była za nami. Powoli wyczyściłem konia i osiodłałem, wysłuchując jednocześnie dokładnych instrukcji jak mam jechać. Trafiłem na wyjątkowych młodych ludzi a, że pasją ich była jazda na rowerze okolice znali wyśmienicie. Nie byłem zmęczony, koń też sprawiał wrażenie zadowolonego i chętnego do dalszej drogi. Pożegnałem się serdecznie z młodym małżeństwem mieszkańców Wrześni i ruszyliśmy w dalszą podróż w kierunku Czerniejewa.

Brzask dnia oświetlił nam drogę, tuż za miastem zgasły uliczne lampy. Wysłałem SMS do wielkopolskiego kawalerzysty Michała z informacją gdzie jestem i dokąd zmierzam może się spotkamy? miałem taką nadzieje. Zimne, rześkie powietrze miło owiewało mi twarz, a koń sam z siebie kłusował bez mojej specjalnej ingerencji i zachęty. Dziwne??? po tak ciężkiej trasie ma tyle energii? podziwiałem go za jego chęci, za jego pracę! I to udzielało się mi. Skoro on może to i ja przecież dam radę, stanowimy duet i to całkiem zgrany. Poklepałem konia po szyi z wdzięcznością... nie zwrócił na to uwagi, był zajęty kłusem i drogą. W super nastrojach wjechaliśmy do Czerniejewa. Tuż przed miasteczkiem zsiadłem z konia, i znów odezwał się potworny ból stóp piekły i rwały na przemian. Psiakość tyle kilometrów przede mną, ale co tam pomyślałem, mogło być gorzej na przykład ból głowy. O! albo jeszcze gorzej ból zęba. Usiadłem na betonowych schodkach odciążając na chwile nogi. Miasto budziło się ze snu. Panie rozstawiały swoje kramy warzywne, grupka ludzi czekała na przystanku, ktoś pośpiesznie jechał rowerem. Podszedłem do strażnika miejskiego i zapytałem gdzie skręcić w polną ścieżkę aby dojechać do wioski Leśniewo? ... Panie, odpowiedział ,tuż przed CPNem! Rzucił wieszczę wiązanką pytań, nie zamykając ust ze zdziwienia. Bez trudu trafiłem na sporą stację benzynową Orlenu, tam napoiłem konia takim małym czerwonym wiaderkiem (większego nie mieli) a sam wypiłem tajgera. Wąska droga prowadziła wzdłuż płotu stacji przez pola do lasu. Dziwiłem się skąd tyle rozlewisk i czemu jest tak zalana. Denir pomimo że wody się nie bał, począł kluczyć pomiędzy kałużami. Nagle ni stąd ni z owąd poczułem zmęczenie, przyszło nagle najpierw opadły ramiona w chwilę potem głowa zrobiła się tak ciężka, że począłem tracić równowagę w siodle. To tak jakby ktoś zabrał mi całą energię i zasypał oczy piaskiem. Z trudem anglezowałem coraz bardziej sztywny i twardy stawał się kłus Denira. Co rusz wyskakiwałem z taktu boleśnie za to płacąc obstukanym i obitym tyłkiem. Do tego tysiące much obsiadły spoconego konia i mnie kąsając niemiłosiernie. Jednym pacnięciem ręki zabijałem kilkadziesiąt owadów. Były wszędzie tysiącami atakowały konia. Denir kłusował coraz szybciej próbując uciec od tych wstrętnych intruzów. Przez moment straciłem orientację i nie byłem pewien czy dobrze jedziemy. Mijając kilka polnych skrzyżowań mogłem pobłądzić i skręcić w niewłaściwą dróżkę. Już w lesie zeskoczyłem z konia rozprawiając się z gzami na jego karku. Rozłożyłem mapę na piaskowej drodze i próbowałem się zlokalizować, nadal walcząc z muchami. Z drogi po lewej wyjechał olbrzymi zielono żółty ciągnik z podwieszoną myglarką. Na widok konia i mnie zwolnił, zapytałem o drogę. Do Leśniewa? zapytał pytaniem! toż to prosto tą drogą, będzie ze dwa kilometry oznajmił. Konia trzeba napoić, upomniał mnie, jak bym sam o tym nie wiedział. Jedź Pan prosto do wsi będę tam na pana czekał, powiedział i ruszył dalej zielono żółtym potworem. Nie wsiadłem już na konia te dwa kilometry przejdziemy piechotą. Denir deptał za mną wolno ze zwieszonym łbem, pewno i jemu sił już brakło. Nieprzespana noc ponad sześćdziesiąt kilometrów w kopytach to dużo, i tak był bardzo dzielny. W drugiej bramie zauważyłem znajomą twarz gospodarza, czekał na nas z dwoma pełnymi wiadrami wody. Rozsiodłałem Denira, pił powoli co chwilkę przerywając. Pomyślałem że tym wolnym piciem mówi mi ...odpocznijmy tu! jestem zmęczony. Poczekałem aż wyschnie z potu, poczym zapytałem chłopca czy mogę ze szlaucha umyć konia wodą? Zdziwił się pytając; a on na to pozwoli? zobaczysz odpowiedziałem, jednocześnie lejąc konia zimną wodą po karku kręgosłupie zadzie. Denir był szczęśliwy wyraźnie lubił tą chłodną kąpiel. Gospodarz wskazał mi piękną ogrodzona łąkę, może Pan tam konia wypuścić niech się spokojnie popasie i daj pan mu to, wręczył mi pełne wiadro owsa. Podziękowałem zabierając ze sobą koc. Położyłem się na nim tuż przy koniu i zasnąłem natychmiast. Ledwo zamknąłem oczy i jak by przez sen usłyszałem; choć pan! matka zrobiła kawę i śniadanie pewno pan głodny jesteś. Głodny nie byłem... byłem śpiący wręcz padnięty, ale odmawiać nie wypada. Wstałem ze swojego legowiska i powłóczyłem nogami za gospodarzem. Na stole czekała już zaparzona kawa i kolorowe kanapki, chyba z wszystkim co gospodyni znalazła w lodówce. Po mimo zmęczenia zjadłem z apetytem, a z każdym łykiem kawy wracały mi siły. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, ot tak jak starzy znajomi gaworzą przy kawie. Nic gospodyni nie dziwiło, ani koń, ani to ze jadę sam ze śląska. Wszystko było takie normalne i oczywiste. Jedno co frapowało starszą panią to to, że jestem leśniczym i... jestem taki jakiś zwyczajny. No niby w mundurze ale zwyczajny. Chyba do końca nie wierzyła w moje stanowisko. Domyśliłem się, że dla nich tu we wsi leśniczy to persona a ja taki jakiś wymęczony spocony, brudny i pospolity. Nie zmartwiło mnie to. Po śniadaniu i kawie ponownie wyciągnąłem się na swoim legowisku przy koniu. Ten mój przyjaciel nawet łba nie podniósł na mój widok, ani na chwilę nie przerwał pałaszowania soczystej świeżej trawy, o przepraszam co drugi zgryz, zanurzał nozdrza w wiadrze z owsem żrąc go całym pyskiem aż mu bokami się wysypywał. A to głodomór wstydu nie ma, ale co tam niech żre ja idę spać.

Ocknąłem się spocony, na karku byłem mokry. Słońce piekło całym swym żarem i to właśnie na mnie. Cień który wcześniej rzucały baloty słomy gdzieś znikł a złota kula ognia wisiała nad moja głową prawie w zenicie paląc niemiłosiernie. Poszukałem wzrokiem konia, nigdzie go nie widziałem. Zaniepokojony wstałem i wtedy ujrzałem coś niesamowitego; mój koń leżał tuż obok mnie, wyciągnięty jak młody źrebaczek spał w najlepsze na lewym boku. Odruchowo poszukałem telefonu by zrobić mu zdjęcie, ale gdy chwyciłem aparat obudził się i wstał bardzo szybko. Przeciągnął się otrzepał pomruczał obieg mnie ze dwa razy oznajmiając mi, że jest gotowy do dalszej podróży. Dochodziła godzina czternasta gdy rozpocząłem czyścic i siodłać konia. Gospodarz spytał... nie zaczeka pan na obiad? będzie po piętnastej jak wróci brat z roboty z lasu. Podziękowałem, to weź pan chociaż zboże dla konia, nalegał! nie odmówiłem uzupełniając juki do pełna. Pożegnałem gościnne gospodarstwo, na moje pytanie czy jestem coś winien, gospodarz tylko pokiwał głowa z politowaniem rzucając na odchodnym "Z Bogiem jedźcie szczęśliwie" i zabrał się do swojej pracy.

Jechaliśmy polnymi ścieżkami, co kilka kilometrów wpadając w małe miejscowości o sielskich miłych nazwach Łubowo Żydówko Owieczki. W jednej z miejscowości przy małym sklepiku w towarzystwie przemiłej młodzieży zjadłem obiad. Pani sklepikarka zaparzyła mi kawę w kubku, który dostałem w prezencie od Kingi z Wrześni. Przyjemnie się siedziało w cieniu rozłożystego orzecha. Denir skubał trawę co rusz zjadając jabłko podawane mu przez dzieciaki, których spory wianuszek otoczył mojego konia. Na moje słowa: czas w drogę, rozległo się kłośne chóralne buczenie NIEEEEEEE niech pan jeszcze nie jedzie. To miłe ale dzisiaj chciałbym dojechać do Kłecka. Pożegnałem grupkę dzieci i pojechaliśmy dalej, na północ. Jednak nie przespana noc coraz mocniej dawała o sobie znać, stopy piekły coraz bardziej. W pewnym momencie zeskoczyłem z konia zrzuciłem buty przytroczyłem je do siodła i szedłem obok konia na bosaka. Nie było to może i za wygodne ale poskutkowało ulgą. I nagle oświeciło mnie! przecież ja w apteczce mam leki przeciwbólowe i to całkiem niezłe. Biorę je bardzo rzadko jak zaczyna odzywać się moje zwyrodnienie stawu łokciowego lewej ręki. Doreta to paracetamol połączony z tramadolem skoro pomaga na rękę pomoże i na nogi i ... pomógł! Uśnieżył ból, ale spotęgował zmęczenie. Postanowiłem, że w pierwszym napotkanym domostwie poproszę o popas. Spojrzałem na tablicę miejscowości Dziećmiarki, ale dziwna nazwa pomyślałem wstępując w otwartą bramę sporego gospodarstwa. Gospodyni przyglądała się nam dłuższą chwilę, nie bardzo dowierzając moim opowiadaniom skąd idziemy. Ale nasz widok... a musiał być dość żałosny bo po chwili wybuchła gromkim śmiechem zapraszając nas do środka podwórka. Trafiłem na panią sołtys wsi Dziećmiarki. Krzepka gospodyni poleciła synowi napoić i nakarmić konia. Za chwilę Denir stał w prawdziwej końskiej stajni za sąsiadów mając kilka krów, ale jemu już to nie przeszkadzało jadł z apetytem tym razem nie czysty owies ale mieszankę owsa z jęczmieniem. Dobrze mu to zrobi pomyślałem za tak ciężki dzień należy się mu zastrzyk energii. Moje zapewnienia, że mogę spać w stajni obok konia zostały zupełnie zignorowane przez panią domu. Teraz się Pan wykąpie! potem zje kolację! i opowie nam pan wszystko, jak tu do nas dotarł i skąd przyjechał. Gdy wyszedłem z łazienki dokładnie domyty w kuchni czekała na mnie już cała rodzina państwa Przybysz i kolacja. Opowiadałem opowiadałem i... opowiadałbym jeszcze długo ale byłem tak zmęczony ... co zresztą skwapliwie zauważył mały wnuk pani sołtys. Powiedział z dziecięcą szczerością, że ziewam głośniej od dziadka. Umówiłem się z synem gospodyni że pobudka przed czwartą. Położyłem się na łóżku przykryłem kocem i... zadzwonił budzik !! przecież dopiero co oczy zamknąłem a już za kwadrans czwarta? Z łóżka zwlokłem cielsko gdy alarm powtórzył budzenie trzeci raz, punkt czwarta. Zajrzałem do Denira już kończył śniadanie, a na mnie w kuchni czekały przygotowane (zapewne wczoraj) kanapki przykryte ściereczką i kubek z nasypana kawą ...tylko zalać. Byliśmy z Denirem gotowi do drogi tuż przed piątą, pożegnał nas syn gospodyni. Mama rano lubi sobie pospać oznajmił podając rękę na pożegnanie. Proszę pozdrowić panią sołtys powiedziałem, gdy próbowałem spytać o zapłatę, gestem ręki nie pozwolił mi skończyć pytania rzucając na odchodnym z Bogiem, ano z Bogiem dobry przyjacielu ze wsi Dziećmiarki.

Wyspani najedzeni w super nastrojach ruszyliśmy w stronę Kłecka. Do miasta było cztery kilometry do celu naszej podróży około sześćdziesięciu tak myślałem. Czyste błękitne niebo zachęcało do podróży i wprawiało w dobry nastrój. Słońce powoli wschodziło za naszymi plecami, rzucając cień tuz pod nogi konia. Droga ubywała coraz szybciej, spodziewałem się wysokiej temperatury i mocnego upału. Słońce jedna jakby mniej grzało nie paliło nie było gorąco a chłodny wiaterek co chwilę zawiewał nam w plecy, w moje plecy. Muchy też dały nam spokój nie kąsały, nie latały denerwując konia. Bardzo szybko minęła nam droga do Wągrowca. Po drodze zaczepił nas cyklista podziwiając mój sposób podróżowania. Należał do rowerowego klubu z Kalisza. Wymieniliśmy się grzecznościami naklejkami i ruszyliśmy w przeciwnych kierunkach, on do Kalisza ja do... Laskowa. Tuż przed Wągrowcem jest bardzo dziwny grobowiec rotmistrza Franciszka Łakińskiego. Był to bardzo ciekawy człowiek w XIX wieku. Po burzliwych latach młodości osiedlił się w Wągrowcu stając się filantropem, fundatorem wielu obiektów i budynków w mieście. Wspierał dzieci, pomagał ubogim. Za swoje wojenne zasługi otrzymał stopień rotmistrza wojsk napoleońskich, Virtuti Militarii oraz Francuską Legię Honorową Sam zaprojektował swój grobowiec i podobno został pochowany ze swoim koniem w jednej mogile. Wągrowiec to małe wielkopolskie miasteczko położone na Pałukach. Czyste zadbane w dawnych czasach ściśle związane z zakonem Cystersów. Jeszcze dzisiaj widać ślady ich działalności. Ruiny klasztoru są nadal widoczne a założone przez braci Cysterskich liceum funkcjonuje podobno do dzisiaj. Ogromnych zniszczeń miasta i całkowitego wyludnienia dokonała druga wojna światowa. Legenda mówi, że tuż przed śmiercią Rotmistrz Łakiński polecił swój grobowiec obsadzić sosnami. I powiedział, że jak drzewa przerosną jego piramidę Polska odzyska niepodległość. Patrzyłem na te drzewa, na las sosnowy, który zapewne był drugim pokoleniem tych sosen o których mówił rotmistrz. I musze stwierdzić że miał rację. Teraz drzewa górują nad szczytem grobowca ale w roku 1918 musiały mieć około siedemdziesiąt lat (umarł w 1845) i z pewnością były wyższe niż piramida. Dwa razy miał nasz bohater rację pierwsze i drugie pokolenie sosen przyniosło nam wolność.

obrazek

Przez miasteczko przejechałem wierzchem wzbudzając zamieszanie wśród mieszkańców. Podobnie jak w innych miejscowościach, skierowane w nas były wszelkie aparaty telefoniczne cykając nam fotki. Denir jak by wiedział, że jest obiektem sporego zainteresowania bo szedł wolno z wysoko uniesioną głowa. Wyglądał bardzo majestatycznie i dostojnie, on to potrafi. Nie wiem skąd w nim taka kindersztuba i takie zachowanie, skąd on wie że teraz musi być wyjątkowo spokojny i zachwycać swoją prezencję. Naprawdę wyjątkowy koń. I podobnie jak w innych miejscowościach nikt nam nie zwrócił uwagi, nikt na nas nie trąbił nie kiwał ze zdenerwowania bo akurat musi za nami wolniutko jechać. Patrol policji a raczej śliczna policjantka wytłumaczyła jak mam jechać by ominąć ruchliwą drogę i dziesiątki tirów które na ogół ją oblegają. Jezioro Dubna objechaliśmy z lewej strony kierując się na miejscowość Sypniewo. W lesie zrobiłem krótki popas nakarmiłem Denira mieszanką owsa i jęczmienia, sam zjadłem kiełbasą i bułkę. Posileni ruszyliśmy dalej w ostatni etap naszej podróży. I nagle coś się stało Denir wystraszył się cienia własnego siodła po chwili odskoczył z drogi na pobocze przed nadjeżdżającym Tirem z naprzeciwka. Co się stało? nie mogłem tego zrozumieć, nie bał się dziesiątek ciężarówek które nas wyprzedzały, niektóre o kilkadziesiąt centymetrów, nie bał się Tirów z naprzeciwka które mijały go z prawej strony. Panicznie zaczął się bać tych jadących z jego lewej strony. Było to dla mnie nie zrozumiałe koń który przeszedł ze mną czterysta kilometrów wymijały wyprzedzały nadjeżdżały na nas setki różnych samochodów na które w ogóle nie zwracał uwagi ... teraz zaczęły mu przeszkadzać te z lewego naprzeciwka. Niestety takie są te zwierzęta czasami coś co dla nas jest niemożliwe niezrozumiałe wręcz irracjonalne dla nich stanowi ważny element ich życia. Bywa tak że żółty motylek do tego stopnia wystraszy konia że jeździec ma problem z uspokojeniem go.

Mam konie od wielu lat przez moją stajnię przewinęło się kilkadziesiąt tych wspaniałych zwierząt i każdy był inny każdy miał swój niepowtarzalny charakter. Były konie spokojne były konie nerwowe. I te inteligentne i super inteligentne takim właśnie koniem był niezapomniany Lombard, była krnąbrna uparta Basia, był nerwus Bolek i chory psychicznie Jantar. Dwa koniki polskie biły inteligencją na łeb na szyje wszystkie rasowce, ale używały jej tylko i wyłącznie na własne potrzeby, nagle stawały się ogromnymi tępakami jak miały wykonać dla mnie prace. O koniach mogę pisać i pisać są to wspaniałe stworzenia, z którymi można zrobić wszystko ,ale pod jednym warunkiem że one same będą chciały wykonać wyznaczone im zadanie.

...popatrzałem na wskazania GPS przekroczyliśmy sześćdziesiąt kilometrów. Znałem już ten las, znałem te drogi i dróżki. Przez wiele lat polowałem na tym terenie otrzymując gościnne odstrzały od pana Nadleśniczego. Do celu pozostało niewiele ponad sześć kilometrów, zszedłem z konia poklepałem po karku. Stanęliśmy na chwilę sprawdziłem jego nogi poprawiłem bagaże przytroczone do siodła. Wygładziłem dłonią mundur. Zadzwoniłem do Uli, ech nie odbierała. Pierwszy odebrał Staszek powiedział krótko "mnie by dupa odpadła, szacun ojciec". Paweł ucieszył się że już jestem na miejscu, a po chwili zadzwoniła Ula. Nic jej nie zdziwiło, jak zwykle była stonowana i ze stoickim spokojem zapytała "to kiedy wracacie?" Podejrzewam, że bym jej nie zdziwił tym jak wróciłbym z powrotem na koniu. Zresztą przez te wszystkie lata naszego małżeństwa zdążyła się już przyzwyczaić do moich szalonych i zwariowanych pomysłów.

obrazek

Słońce było jeszcze wysoko jak wjechałem koniem do jeziora, pił łapczywie wodę. Mój przyjaciel Maciek Bal poprosił mnie o zdjęcie jak poję konia w Laskowskim Dużym, a w domyśle miał przysłowie mówiące o tym że "konie nasze poić będziemy w Sprewie".

Zakończyła się moja przygoda moja i mojego przyjaciela Denira, w której uczestniczył też wspaniały Doping na którym wyruszyłem. Jednak dotrzeć do celu przyszło mi na moim własnym koniu który w tym roku skończył dziewiętnaście lat.

Na swojej drodze spotkaliśmy tylko wspaniałych ludzi, nikt nie odmówił nam schronienia i gościny. Każdy napotkany człowiek starał się nam pomóc i pomagał jak mógł, to wspaniałe budujące uczucie wiedząc, że za otwartą bramą gospodarstwa czekało na nas nie tylko dobre słowo ale i posiłek wygodne łóżko i wyjątkowi ludzie ... moi rodacy. I znowu musze być patetyczny ale powiem to; Polska to wspaniały kraj a Polacy to wspaniali ludzie którzy mają otwarte serca na drugiego człowieka i konia oczywiście? Mieszkam w wspaniałym kraju i w takim kraju chce żyć dziękuję wszystkim napotkamy za ... słowo dzień dobry i za ...uśmiech