Tętniący Wyjazd 2011

« wróć

Ten rok miał być wyjątkowy - od wczesnej wiosny ustalaliśmy kierunek naszego wjazdu wraz z Tomkiem, Kopciem i Romkiem, który dołączył do nas jako trzeci samochód wyprawowy; mieliśmy zwiedzić Krym. Wszystko było ustalone, samochody przygotowane, kufry popakowane i zapięte czekały na załadunek do auta. I jak to często w życiu bywa, wszystko wzięło w łeb...

logo wyprawy 2011Nagle zachorowałem na tyle poważnie, że wyjazd okazał się nie możliwy... lekarze po wielu badaniach potwierdzili, diagnoza była miażdżąca: tętniak mózgu... i to wszystko co chce na ten temat napisać.

Miałem strasznie dużo wolnego od razu dostałem 2 miesiące chorobowego i przykaz by się oszczędzać odpoczywać, a najlepiej gdzieś wyjechać w spokojne niedalekie miejsce by łatwo mógłbym wrócić w razie hasła operacja... bo na nią czekałem...

Na szybko spakowałem auto, Pawła i ruszyliśmy w drogę bez specjalnego konkretnego planu ot, tak przed siebie... no może nie do końca tak bez celu pierwszym etapem miała być miejscowość Wilkowice u podnóża Magurki, tam czekali na nas przyjaciele z SATu... super spotkanie z fajnymi ludźmi...

Całą naszą podróż opisywałem na bieżąco, to może nic nie będę zmieniał i tak pozostawię ten tekst, troszkę poszarpany skaczący pomiędzy południem a północą Polski.

18 VII 2011

Witam dotarłem nad moje jeziorka... woda cieplutka pogoda przepiękna. Po opuszczeniu gościnnych Wilkowic ruszyliśmy do Czech, jakie oni mają superaste drogi nawet te najwęższe są o niebo lepsze od naszych (niestety). W wielkim supermarkecie zrobiliśmy zakupy piwko winko a dla Uli kubek z marchewka i to bynajmniej nie chiński tylko wyprodukowany w Czechach. Tak jak Krzysiu wcześniej przepowiedział trasa kreta jak makaron ale widoki palce lizać czasami zapierają dech w piersiach... oj, wiem ze nie zastąpi to najpiękniejszego na całym świecie Podola, Ula się śmieje ze czasami to wszędzie widzę Smotrycz ale naprawdę można zakochać się w tej części obecnej Ukrainy troszkę mi smutno... ale co jest najważniejsze? JAZDA i patrzenie na świat oczami ciekawości i tęsknoty za migawką mgnieniem obrazu i... smutkiem, żalem, który pojawia się w monecie gdy obraz ucieka za szybą naszego auta... że chwilka nie trwa wiecznie. W górach rodzinka przyjęła mnie prawidłowo bez specjalnego zachwytu ale z duża dozą gościnności, tak już jest z nami ze często mierzymy ludzi swoją miarką a po zatem rozpieściliście mnie waszym uśmiechem i radością przebywania razem.

19 VII 2011

zdjęcie nr 1 z wyprawy 2011Wczesnego ranka wybraliśmy się w góry, kiedyś dawno temu spędzałem w tym miejscu sporo czasu wraz z moim dziadkiem przemierzałem góry i lasy potoki szukając Liczyrzepy i słuchając wspaniałych opowieści... przed laty moja mama z rodzicami mieszkała w Bolesławowie a dziadek pracował w kopalni uranu, jednak to co zobaczyłem teraz jest jeszcze piękniejsze niż 40 lat temu a może ja to widzę wyraźniej może bardziej świadomy ulotności i tempa uciekającego czasu, Krzysiu Aniu mieszkacie w pięknym zakątku Polski. Oj, sorry ale ja się rozpisałem...

To może troszkę o moim autku, już widzę grymas u chłopaków na buzi E... znowu o toyocie ale tylko parę słów ograniczę się do tego ze... spaliła całkiem rozsądną ilość paliwa pokonała dziesiątki serpentyn i podjazdów jedno co mnie niepokoi to ten szmer na piątym biegu ale słyszę go już od... 25 tyś km i mam nadzieję że jeszcze "bezpiecznie" pobrzęczy.

Poranek w Stroniu przywitał nas deszczem i dość wysoką temperaturą (jak na górskie warunki) jak się dowiedziałem +18 stopni to całkiem sporo, powiedziała nasza gospodyni zalewając kawę mocna i czarna jak te chmury które wisiały a raczej stały w lesie na stokach gór. Za kwadrans deszcz przestał padać i tylko chmura zeszła tak nisko że swoja wilgocią dotykała moich policzków. W samochodzie... niespodzianka róg mojej kamizelki pozostał w drzwiach podczas wieczornego przepakowywania, przyciśnięty zawiasem zadziałał jak ssak wciągając wodę do autka, no super pomyślałem fajny dzień się zaczyna od zalania ciuchów.

Ruszamy w góry celem jest szczyt o pięknej nazwie Sucha Kopa. bez problemu docieramy do flanek wioski Nowy Gierałtów i tu na końcu wsi stoi wielki znak zakaz ruchu taki sam jak przy wjeździe na Magurkę przystanąłem czytam tablice z informacja o szlakach i nagle mija mnie zdezelowana srebrna suzuki vitara obklejona znaczkami Lasów państwowych kiwnąłem kierowcy licząc na to ze się zatrzyma i porozmawiamy ale tylko odmachnął ręką i popędził dalej. Pojechałem i ja w ślad za nim w las, ruszyłem z miejsca w którym mój GPS wskazywał 520 m.n.p. droga która z początku wyglądała dość szeroko i solidnie po chwili zamieniła się w strome kamieniste podejście o stromych zboczach w których brzęczały strumienie tworząc co chwilkę wspaniałe wodospady, kaskady spadającej wody... pomyślałem, ile tu inspiracji daje przyroda do tworzenia ogrodów skalnych... tak naprawdę na siłe wciskających się w nie swoje obce środowisko! a tutaj piękno na każdym kroku każde spojrzenie na drzewa kamienie porośnięte mchem, porostami pachnące świeżym czystym lasem i w tym momencie chyba nawet pogoda przyszła w sukurs mojej przejażdżce po górach bo słońce trysnęło tak właśnie trysnęło z za chmur jasnymi ciepłymi promieniami, ale widok a to dopiero... 800 m.n.p.

Laskowo 20.07.2011

zdjęcie nr 2 z wyprawy 2011Samochód coraz mocniej zaczyna wyrzucać pojedyncze kamyki z pod kół, po co ja te opony zmieniłem? Tamte... na właśnie takie podjazdy były idealne!!! i wiem co myślę bo na nich przejechałem Gorgany, ale cóż teraz mam A/T i już... ręka poleciała w stronę reduktora spychając nogę Pawła ze skrzyni, i tu konsternacja o kurde balans w kołach nie są przestawione satelitki 4X4, taki ze mnie offroudowiec z Bożej łaski na szczęście nie musze się martwic bo wszyscy o tym wiedza, wysiadać nie bardzo mogę bo z lewej strony grań uniemożliwia otwarcie drzwi a Pawła wypychać mi nie bardzo się chce. Samochód na jedynce jakoś sobie radzi bez sprzęgła a nawet przyspiesza, podjazd z strasznie stromego nagle łagodnieje jeszcze ostry zakręt serpentyną w prawo i... asfalt odruchowo patrzę na wysokościomierz 1001mnp przystajemy, zapominam o kołach i całym przełączaniu, widok na dolinę jest urzekający mgła gdzieś prysła, słonko z za szczytów kładzie promienie na młode świerki wyglądają jak posrebrzone tworząc zwartą kępę wciśniętą pomiędzy rosłe buki, głęboko w dole czerni się strumyk- potok, głośno spadając woda stwarza niesamowity nastrój, jedno co razi i dziwi to ten asfalt. Z synem przeglądamy mapę porównując ze wskazaniami GPS jesteśmy na Czernicy szczyt jest z lewej trzeba podejść kilkadziesiąt metrów ale podejście jest łagodne wszędzie mnóstwo jagód, tylko buty i spodnie już mokre, no tak w bagażniku z tyłu auta leżą specjalne z goretexu moje i Pawełka a my pchamy się w góry w trampkach kompletny dyletantyzm... na mokre skarpetki zakładać już ich nie będziemy tak mówi Paweł ja tam wolę poszukać suchych i wzuć buty! Ze szczytu widoków podziwiać się nie da bo drzewa zasłaniają wszystko i tylko urządzenie wskazuje 1085mnp fajne te gadżety teraz można mieć z jednej strony super zabawka a z drugiej wiem ze wyżej już się nie da bo jesteśmy na szczycie a nawet 2 m wyżej niż mówi opis na mapie. I to będzie najwyższy punk naszego wyjazdu. Drogą asfaltowa dojeżdżamy do szczytu Sucha Kopa zostawiając po lewej Orlika, nawet na chwilkę przystaje bo na sam szczyt tej pięknej góry wiedzie urokliwa ścieżka, ale czas nas troszkę goni, tak pomyślałem i zaraz przyszła refleksja... przecież nigdzie mam się nie spieszy och te nawyki dnia codziennego to jak druga natura, rozkładamy mini obóz na szczycie są stoliki kosz na śmieci i mini wiatka z ława jaka tu cisza (kawa smakowała wybornie!!!)

zdjęcie nr 3 z wyprawy 2011Od mini obozu rozpoczynamy zjazd z góry w stronę Nowej Morawki asfalt tak jak niespodziewanie się pojawił tak w mgnieniu oka zniknął pozostawiając nas... na zrywkowej przecince leśnej stromo opadającej w dół, będzie potrzebny reduktor.

21.07.2011

Ale sobie wybrałem trasę nie dość, że wąsko i stromo to jeszcze mnóstwo kamieni i te zakręty zjeżdżam a raczej spadam w dół... reduktor na biegu nieźle trzyma nasze autko co jakiś czas nabierając obrotów silnik domaga się zmniejszenia prędkości pomagam mu jak mogę naciskając hamulec, ale cielsko dość opornie reaguje, do tego ten namiot na dachu sprawia że momentami chwieję się jak po nie jednym piwku, i ta koleina między kołami wcale nie ułatwia w utrzymaniu kierunku jazdy... ale czemu ja się dziwię tędy zrywają drewno i to chyba końmi a ja pcham się samochodem. No nic drogi powrotnej nie ma (jak powiedział gen Popławski do Kościuszkowców nad Odrą) kiedyś ta stromizna się skończy. W około nas zrobiło się ciemno korony drzew całkowicie przesłoniły niebo które na powrót stało się ciężkie granatowe, deszcz dosłownie wisiał w powietrzu jeszcze chwilka i z nieba zwali się potworna woda... tak myślałem przez odkręconą szybę poczułem chłód a nawet zimno spojrzałem na termometr 10 stopni skąd taka zmiana, ale ja nie znam gór! kiedyś jak zaczynałem prace przez moment myślałem by zostać górskim leśniczym był to wynik kilku miesięcznej pracy w Bieszczadach i urokiem tamtych terenów pięknem krajobrazów i romantyzmem młodego chłopaka, chęcią ucieczki od cywilizacji od tego co wtedy ciążyło na mojej duszy. Czy żałuje? Z pewnością nie! Ale taka ulotna myśl czasami przelatuje mi przez głowę...

zdjęcie nr 4 z wyprawy 2011Jedziemy teraz wzdłuż strumienia przecinając go co jakiś czas zupełnie nowymi mostkami zrobionymi ze świeżych bali, z poręczami, bardzo solidne i estetyczne, to już nie jest szlak zrywkowy, to chyba droga podwozowa wyłączam reduktor. Wskaźniki wszystkie na swoim miejscu nawet ten od wody, który naprawił Jacek działa bez zarzutu. Troszkę nie pokoje się tym co powiedział mi Irek patrząc na olej, którym zalałem silnik (castrol ful syntetyk 5/60) ale ciśnienie trzyma zero wycieków, mimo to co chwile kontroluję strzałkę jakoś utkwiło mi to w głowie... I wreszcie jest Morawka, ale ci to wioska 3 domy i już, po 5 kilometrach cel podróży osiągnięty Bolesławiec to małe mikro miasteczko z maleńkim rynkiem z parkiem ze szkoła, kościołem, strażą pożarną, sklepem, kinem (niestety nie działającym) i urzędem. Nie ma numeracji ulic cała mieścinka to kolejny numer domu wszystko bliziutko w zasięgu, całe miasteczko można obejść w 10 minut... jednego czego mu jeszcze nie brak to uroku naprawdę jest piękne troszkę alpejskie położone w równie maleńkiej kotlince wśród niezbyt wysokich sprawiających wrażenie łagodnych wzniesień, dopiero jak by w drugim rzędzie wyrastają wysokie po niebo szczyty. Tutaj moja mama chodziła do szkoły jej brat był ministrantem w kościele, biegała gdzieś wąskimi uliczkami wspinając się na Górę Oliwną na której po dziś dzień jest figura Chrystusa modlącego się i apostołów śpiących u wejścia do ogrodu oliwnego. Znalazłem dom w którym mieszkali zresztą co tu szukać tych domów jest tu kilkanaście... ale miejsce, jeszcze raz to powiem piękne do "zapatrzenia". Oj, chyba zbyt osobiście popłynąłem...

21.07.2011, 12:00

zdjęcie nr 5 z wyprawy 2011Po wtorkowym słońcu i upale nie pozostało ani śladu niebo zaciągnięte ołowianymi chmurami z których od czasu do czasu odrywa się kawałek wody spadając prosto na nasz obóz nad jeziorkiem. Wczoraj dołączyła do nas Asia z Grzesiem i Rudym, któremu deszczowa aura absolutnie nie przeszkadza i gania tam i z powrotem ciesząc się psią wolnością. Mamy tu we wsi całkiem przyjemną knajpkę o swojskiej nazwie Stajnia, wieczorna kolacja w gronie przyjaciół przy zimnym Leszku smakowała wybornie. Była to ogromnych rozmiarów pizza (ponad pół metra średnicy) z trzema sosami-dipami... ale powrócę jeszcze na chwilkę do naszej podróży bo dojazd do Laskowa nie przebiegał po sznurku nie obyło się bez kilku dość ciekawych przygód, i od razu mówię... nie nie nie była to awaria autka tylko żart i rozbujała fantazja pani z GPSu... oraz nasza ułańska fantazja.

Postanowiliśmy przejechać przez Czechy, ot taka wesoła jazda serpentynami ale bo drogach i dróżkach o nawierzchni godnych najlepszych autostrad i to Niemieckich. Z upływem kilometrów i zbliżaniem się do Polskiej granicy krajobraz łagodniał góry stawały się niższe serpentyny prostsze a podjazdy łagodne tylko jedno pokazywało nam ze to już Polska... to że kawa jakoś tak zaczęła wylewać się z kubka i zacząłem mieć kłopot z trafieniem nim do ust wstyd pisać ale dziura pokrywała dziurę, no cóż realia które każdy z nas zna aż nadto dobrze.

W oddali na wzgórzu pokazał się zamek, Paweł odpalił neta (ale mamy frajdę z tym kompem) i już wiedzieliśmy ze zamek nazywa się Bolko i że... nic nie zobaczymy bo godziny otwarcia kończą się o 16 a właśnie rozpoczęły się w radiu wiadomości godziny siedemnastej. Trudno fajnie wygląda z podzamcza ale brama zamknięta jest na 3 kłódki i nawet waleniem i trąbieniem nic nie wskóramy (Jurandowi w końcu się udało w Szczytnie nam nie).

zdjęcie nr 6 z wyprawy 2011Jedziemy dalej, i nagle w chwilkę!!! zrobiliśmy się tak głodni że każdy następny kilometr drogi stawał się męczarnia grających kiszek w brzuchu, patrzę w prawo kolejne wzgórze i... ruiny jeszcze większego zamczyska. Skręcam toyotką w kreta wąską ścieżkę, po chwilce kluczenia wąwozem mijając stary cmentarz docieramy do zamczyska. Czas rozbić obozik obiadowy Paweł rozkłada stolik ja montuję kuchenkę... w kilka minut i już barszczyk zalany z grzaneczkami pysznie pachnie jeszcze minutka i... klops Pawełek potrąca nogę stolika i śliczny czysty obrusik zamienia kolor na czerwony, zniesmaczony mruczę cos pod nosem gdy w tym momencie garnek z fasolką i kiełbaską zsuwa się z kuchenki i... ojejku ląduje na trawie, taka smaczna fasolka pachnąca a to ci pech... jednak coś tam w garczku zostało dodaję pulpety z następnego słoika (tez pyszne) i już uchwytu garczka nie wypuszczam z ręki dopóki nie zagrzeje... Wszyscy rajdowcy i wyprawowicze wiedza jak smakuje ciepły posiłek po ciężkim pełnym wrażeń dniu i to jedzony w tak pięknej scenerii przyrody na dziedzińcu wspaniałego zamczyska, ale tak samo jest pyszny na stoku góry w piaskach Maroka, kamienistej plaży estońskiej, leśnej polanie czy stepach dzikich pól. Nie zapomniane i wyborne są te właśnie "dzikie" posiłki...

zdjęcie nr 7 z wyprawy 2011Samochód przepakowany my najedzeni jak misie koala spadające z eukaliptusa, trzeba wsiadać i jechać dalej przed nami około 300 km. Wskaźnik paliwa niebezpiecznie opadł na literkę E z tym wskaźnikiem mam wieczny problem pokazuje co chce i to na różne sposoby jest nawet bardziej złośliwy od licznika kilometrów, czasami myślę ze te urządzenia specjalnie płatają nam figle tak jakby sterował nimi wesoły chochlik autkowy i wcale nie zależy to od marki samochodu, ale to, że posiadają go wszystkie auta z duszą. Staram się jak najmniej Mu podpaść na najbliższej stacji tankuję... i oczywiście w baku jest jeszcze prawie 40 litrów... do pełna weszło niespełna 50l. Na postoju Paweł zrobił do termosu kawusie jak ja lubię te kilka łyków czarnego gorącego napoju co 50km są pyszne... jedziemy jest pięknie słońce troszkę dokucza, świeci ostatnim błyskiem w lewy kąt oka troszkę to przeszkadza a okulary nic nie pomagają bo od tyłu błyska. Dojeżdżamy do remontowanego nie oznakowanego torowiska nie sposób go przejechać ani ominąć, pani nawigacja rozpoczyna ulubioną swoja zabawę kierowania mnie do nikąd, kreci kłamie prowadzi zawraca oszukuje na wszystkie możliwe sposoby byłem od Głogowa 15km a ona pchała mnie nie do mostu a do przeprawy promowej i tak od godziny 23 do 24 poznałem 3 promy (przeprawy) odrzańskie oczywiście nieczynne w nocy a most zobaczyłem dopiero w Ścinawie, ale naprawdę polecam jest piękny cały z żelaza wysoki taki jak w "Czterech pancernych" albo w "Zamachu na Kuthzerę " naprawdę wart przejazdu ja by go zobaczyć nadłożyłem ponad 50 km i to wiele ponad.. Do słynnego skąd inąd Rawicza zawitaliśmy dwa kwadranse po dwunastej to już zdjęcie nr 8 z wyprawy 2011wtorek...

22.07.2011

Zaraz za Rawiczem zdecydowałem się ponownie dopuścić panią z GPSu do głosu, i dowiedziałem się ze do Laskowa pozostało 180km dość sporo, tym bardziej że godzinę na, która zaplanowała dotarcie była już wczesnym rankiem. Nie raz zmęczony śpiący, ledwo ślepiłem oczami przez szybę auta co rusz potrząsając głową w nadziei że oprzytomnieję, ale tym razem to nie sen przeszkadzał mi w jeździe tylko pewnego rodzaju znużenie, trudno je opisać. Przecież uwielbiam prowadzić moje autko sprawia mi to niesamowitą frajdę... a tu naszła mnie taka nostalgia... pomyślałem o Ukrainie (Paweł zamilkł, zawiesił się, patrząc w boczna szybę, jakby coś po ciemku tam widział) o tym że w tym momencie mijałbym Humań i powoli docierał do Chortycy mitycznej wyspy na Dnieprze pierwszej siedziby Siczy Zaporowskiej założonej przez Dymitra Wiśniowieckiego pradziada słynnego Jeremiego pogromcy buntu kozackiego, chciałem dotrzeć na nią promem. Dziwną magią zbiegów okoliczności przez pół nocy trafiałem na przeprawy promowe na Odrze. Pewien bezwład ogarnął mnie wiedziałem, tak dalej prowadzić się nie da... kark sztywniał ręce kurczowo trzymały kierownicę i dziwne ciarki poczęły przechodzić co rusz przez palce... to chyba nadszedł ten czas by zjechać na pobocze i odpocząć. Ciemność w kabinie uniemożliwiała mi odczytanie wskazań turystycznego GPS garminy.

zdjęcie nr 7 z wyprawy 2011Ileż to ja dzisiaj kilometrów przejechałem? Od tankowania minęło już sporo czasu. Po prawej zamajaczył duży parking, zjechałem zatrzymując toyotę opodal śpiących wielkich TIR ów. Paweł kręci nosem coś tam burczy, że nie bardzo i takie tam marudełka, a wszystko podczas nalewania mi pysznej kawy... podsuwa mi jednoznacznie kubek pod nos. Wychodzę z auta jest ciepło bardzo ciepło i duszno, cały ten nieprzyjemny gorąc płynie z rozgrzanego asfaltu kłębiąc się pomiędzy zaparkowanymi autami. Sprawdzam koła czy dokręcone, dziwne ciepło poczułem od opony dotykam bieżnika, psia kość ale on gorący dotykam felgi zimna... bieżnik gorący co jest grane skąd to ciepło?

zdjęcie nr 10 z wyprawy 2011Paweł znalazł rozwiązanie, jak pojedziemy dalej to powjeżdżamy w przydrożne kałuże i oponki się schłodzą, aluzję pojąłem od razu.. Jeszcze jeden kubek kawy, ale ona jest smaczna, i zmęczenie mija jestem wypoczęty kark się wyprostował palce nie cierpną i taka lekkość wypełniła mnie całego, radość że jesteśmy razem (czyżby kofeina tak działała?). W światłach dostrzegłem zieloną tabliczkę POZNAŃ 77 o nie jest źle w radiu Bobby McFerrin zapewnia mnie ze będzie piękny dzień Don\&primet Worry Be Happy. Jedziemy i jest pięknie kilometry uciekają coraz szybciej i nim spostrzegłem są rogatki Poznania ale to jest wielkie i rozległe miasto. W ubiegłym roku jak wracałem z Ulą z Kórnika to przejechanie miasta zajęło mi ponad 3 godziny, a teraz myk myk i jesteśmy na drodze wiodącej do Piły jeszcze godzinka i już nasze Laskowo.

zdjęcie nr 11 z wyprawy 2011Na zegarku 3.09 a za nami hmmm 690km tak pokazuje mój HCx nieźle się nakręciłem w samych górach ponad 150 jutro... o nie dzisiaj jak wstanę wgram mapkę do kompa. Już w łóżku zmęczony zbieram myśli analizuje dzień, migają mi obrazy przed oczami, nie potrafię usnąć raz przychodzi niepokój to znowu radość i tak na zmianę... cieszę się jeziorkami i moim Laskowem tym że jestem z synem... to znowu wskakuje wyprawa i Ukraina i to że Anromy gdzieś w Polsce zmieniają plany wakacyjne, ze Kopeć też inaczej miał spędzić urlop, lekarz z Rzeszowa pewnie minął już Tarnopol, i to że Laskowo bez Uli jest jakieś takie puste a łóżko za szerokie... Ale słońce świeci w oczy!!! Paweł!!! (krzyczę) wstawaj!!! będzie dzisiaj piękny dzień!

W kilka dni po naszym przyjeździe do Laskowa odwiedziła nas Asia z Grzesiem i Rudym, spędziliśmy piękne dni w cudownym miejscu... szkoda, że bez Uli...